Zbudziła się i otwierała oczy z trudem, zupełnie tak, jakby była po zażyciu czegoś na lepszy sen. Powiedzielibyście: jest duchem, prawda? A duchy nie potrzebują żadnego snu, jedzenia i tym podobnych, więc co takiego mogło spowodować, że dziewczyna zasnęła? Magia. I to nie taka zwykła magia, to było coś silniejszego, ale nie umiała akurat w tym momencie tego rozgryźć. Ani nie zdołała spostrzec, i już była w normalnych ciuchach. Była tak słaba, że nie umiała wymówić nawet jednego słowa, jeśliby w ogóle udało otworzyć jej usta. Leżała na wznak na jakimś polu, na którym było pełno zielonej trawy. Zaraz, zaraz... Przecież nie walczyła na żadnym polu z zieloną trawą. Ktoś musiał ją tam przenieść, chociaż niezbyt wiedziała kto. Była strasznie zakłopotona i tak śpiąca (a sama przyznała w duchu, że nigdy, ale to nigdy nie czuła uczucia senności), że nie myślała o niczym innym, jak o śnie. Ktoś wszedł do parku, złapał Sarę za plecy i wpakował do jakiejś przyczepy. Chciałaby zareagować, ale nie mogła i chyba faktycznie nawet tego nie dostrzegła. Spoglądała przez chwilę jeszcze na inne dziewczyny, które też były otumanione pewnie jakimś dziwnym zaklęciem z rodziny Czarnej Magii, ale w końcu nie wytrzymała i zasnęła. Tajemnicza kobieta wpakowała wszystkie trzy do dziwacznego wozu i odjechała z piskiem opon, zupełnie tak, jakby gdzieś się spieszyła.
Środek po paru godzinach przestał działać. Harmonija znowu się zbudziła, tym razem w połowie świadomości (jak to ludzie mają w zwyczaju, a ona bowiem człowiekiem nie jest). Mówiła sama do siebie w myślach, że coś, co zwaliło ją z nóg, to pewnie jakaś Czarna Magia, która została użyta, by... No właśnie. Nie wiedziała tego. Wstała, złapała się poręczy i zaczęła rozglądać się po niedużej wiosce. Świtało. Słońce grzało tak mocno, że najchętniej ubrałaby się w samo bikini, ale sytuacja nie pozwalała. Była to chyba gdzieś godzina ósma rano, w każdym razie tak sądziła. Na drodze było mnóstwo błota, dlatego też domyśliła się, dlaczego w tych i owych miejscach jest mokra. Musiało lunąć w nocy. Najbardziej natomiast zastanawiała ją jedna rzecz: co ona tu robi? Wybudziła się już w pełni i mrużąc oczy, zauważyła coś na samym końcu długiej jak polana przyczepy. Tak, to chyba była kabina pasażerska i dla kierowcy. Że też nie wypatrzyła tego wcześniej. O dziwo znowu była ubrana w strój wieczorowy ze szpilkami, a chciała pobiec tam jak najszybciej, no a wiadomo, że w szpilkach biegać to nie bardzo. Dziewczyny ciągle spały, więc w trosce o ich bezpieczeństwo, rzuciła jakimś zaklęciem w sam środek figury, którą tworzyły ciałami i natychmiast uniosła się nad nimi bariera w kształcie półkuli. Pomyślała, że teraz na pewno będą bezpieczne.
Tymczasem niebieskie odbicie wyraźnej już części pasażerskiej tak raziło różowowłosą w oczy, że nie sposób było o nim zapomnieć. Resztką magii przemieniła swój strój na bardziej sportowy i ile sił w nogach, podbiegła pod błękitną część wozu.
- I jak tu wejść niepostrzeżenie? - pomyślała. - Ach, już chyba wiem. Skoro jestem duchem - dywagowała - to mogę przechodzić przez ściany i różne materiały, czyż nie? - przytaknęła sobie w duchu i kontynuowała rozważania - tak więc wypróbuję to. Przyznam, nigdy tego nie robiłam, ale myślę, że uda mi się to wykonać.
Tak jak myślała, tak zrobiła i rzeczywiście udało jej się to. Część pasażerska z zewnątrz wyglądała na mulatką kanciapkę, ale w środku to prawdziwe centrum dowodzenia. Oniemiała z zachwytu i zdziwienia, ale starała się robić to bezdźwięcznie, żeby jakaś dziwna kobieta siedząca na krześle nie przyłapała jej. Przyglądnęła jej się z bliska i stwierdziła, że ma seledynowe włosy z jakimś żółtym pasemkiem. Skądś to znała, tylko skąd? Właśnie nie wiedziała tego. No i jest też drugie pytanie: jaki ta kobieta miała interes w brutalnym zwerbowaniu czarodziejek?
Przypatrzyła się jej porządnie i wreszcie coś odburknęła:
- Ekhem... Dzień dobry.
Osoba w seledynowych włosach podskoczyła. Przewróciła oczami, lekceważąc słowa nastolatki.
- Ekhem! - odchrząknęła jeszcze raz.
- Słucham - odparła nieznajoma ze złowieszczym uśmieszkiem, wstawszy z fotela.
Miała na sobie nijaki czarny kombinezon z żółtymi paskami, który idealnie połyskiwał na tle deski rozdzielczej. Jej długie, seledynowe włosy o kolorach raczej pastelowych były majstersztykiem w połączeniu z naszyjnikiem, który miała zawieszony na szyi. Podeszła bliżej dziewczyny bardzo kobiecym krokiem, stukając obcasami, ponieważ akurat miała takowe ubrane.
- Cóż za grzeczność. Nie pomyślała pani o tym, jak nas pani wywoziła gdzieś, nawet nie wiem dokąd? - powiedziała Harmonija, po czym złożyła ręce na styl 'nie odzywaj się do mnie'.
- W sumie to i tak było grzeczne z mojej strony, bo mogłabym dać was wszystkie trzy, smarkule, do jakiegoś śmierdzącego worka po rybach - odparła z niewdzięczną miną.
Różowowłosa poczuła silny ucisk gdzieś przy czole, zupełnie tak, jakby właśnie coś stało się z jej rodzimą planetą. Taką samą siłę czuła, kiedy właśnie to się stało. Na początku bowiem były trzy planety-bliźniaczki: jedna się zbuntowała i zderzyła ze sobą pozostałe dwie. Scaliły się ze sobą i ponownie rozdzieliły, część materii natomiast uleciała gdzieś do czarnej dziury.
Nie była głupia. Od razu wyczuła potężną moc, pochodzącą z jej amuletu, więc wolała być raczej miła (co nie znaczyło, że ma to jej wychodzić).
- Poważnie? - i skwitowała wypowiedź uderzeniem wewnętrznej części prawej dłoni o swe czoło. - A teraz gadaj - ustawiła się na baczność - gdzie i po co nas wieziesz?
- Po pierwsze, mów do mnie Dominique, bo mówienie mi na pani strasznie mnie postarza, a po drugie, nikomu tego nie powiem, z wyjątkiem mojego szefa, a już na pewno nie jakiejś wątłej wróżce, która strzeże jakiejś żałosnej planety i ma jeszcze bardziej żałosną moc.
- Żałosną? A Płomień Harmonii coś ci mówi? - odpowiedziała Harmonija zadowolona z faktu, iż go posiada.
- Wolne żarty! - i wybuchła mrożącym krew w żyłach śmiechem. - Ktoś taki jak ty nie mógłby posiadać czegoś takiego potężnego, tudzież to niemożliwe!
- A więc mam ci pokazać, jak się używa magii? - i przyłożyła ręką w swoje czoło.
- Niczego mnie nie nauczysz, przecież ja znam już wszystkie moce i wszystkie je mam, prócz tego całego Płomienia Harmonii, którego nie umiem zdobyć. I nie mów, że faktycznie go masz, bo to na sto procent nieprawda - odburknęła Dominique.
- Jesteś zachłanna jak małe dziecko, ale bardzo proszę - pstryknęła palcem Harmonija - oto moja transformacja.
Przemieniła się w strój, który już znacie, czyli niebiesko-różowy outfit z domieszką brązowego paska. Skrzydła jej lśniły. Uniosła się w górę i zaprezentowała swoją moc kilkoma, niemocnymi zaklęciami. Pozowała niczym do zdjęć, aczkolwiek Dominique najwyraźniej nie przypadło to do gustu. Nie lubi przemądrzałych smarkul (wprawdzie Harmonija wygląda na młodą osobę, a jest wiele starsza od Dominique).
- Ty tak na poważnie? Liche te zaklęcia - mówiąc to, Dominique wyczarowała jakąś niewielką kulę energii, od której za to biło potęgą białej i czarnej magii.
Harmonija przewróciła oczami i natychmiast zrobiła krok w stronę kobiety, zgasiwszy lewą ręką, zdecydowanym i szybkim ruchem niedużą kulkę energii.
- Jak to?! - zdziwiła się ruchliwa kobieta.
Harmonija zmierzyła ją i jeszcze raz przyłożyła sobie w czoło. Pomyślała chwilę i odparła:
- Teraz dopiero to zauważyłaś? Jestem ciut silniejsza, także radzę ci nie igrać z ogniem, bo przeciągniesz strunę...
Dominique tak samo ją zmierzyła i odpowiedziała:
- Tak, dopiero teraz. Bije jednak od ciebie wielka energia. A tak w sumie, od kiedy jesteś ze mną na 'ty'?
- Sama nie wiem, jak z kimś wchodzę w dłuższą konwersację, to automatycznie w którymś momencie zwracam się do tego kogoś w drugiej osobie, aniżeli w trzeciej - odparła, a jej oczy powędrowały wysoko w górę, na dach auta. - A co to takiego? - spytała, widząc dwa klejnoty przyczepione na wewnętrzną stronę dachu pojazdu.
- Nieważne!
- Coś przede mną ukrywasz? Pamiętaj, że nadal nie jesteśmy po jednej stronie!
- Wiem to. I niech tak zostanie, nie lubię mądralińskich, pustych dziewczyn.
Gdyby można zilustrować to, co Harmonija teraz poczuła, byłaby to burza z szalejącym deszczem, który ciągle zmienia kierunek. Nagabnęła:
- Takiej to nigdy nie wytłumaczysz... I tak mnie to zresztą nie obchodzi - i złożyła ręce, po czym dodała - Skutecznie udało ci się odwieść mnie od tematu, ale już nie na długo, nie dam się więcej. Gdzie nas wieziesz?
- Nigdy ci nie powiem!
- Gadaj albo sama się tego dowiem!
- Dobranoc - i wypuściła gaz usypiający z rur, które znajdowały się nieopodal nóg Harmoniji.
Dziewczyna za to klasnęła. Promień czystej energii przeszedł przez najbliższą okolicę, skrzywiając wyraz twarzy Dominique.
- A tego się nie spodziewałaś?
Dominique zaczęła chodzić nerwowo, w jedną i drugą stronę. Atmosfera była napięta, a ona nie miała pomysłu, jakby tu zagadać Harmoniję, żeby skutecznie przewieźć ją tam, gdzie chciała. Do celu było jednakowoż już niedaleko. Chciała ugodzić chwilowo Harmoniję rurką, która leżała obok. Trafiła, a niewielki blask rozbłysnął przed kobietą. Zniknęła, czyżby?
Teraz przyspieszyło jej bicie serca. Nie wiedziała, co Harmonija może zrobić. Za to ona już dawno przetransportowała się za Dominique. Zauważyła, że w dłoniach dziewczyny pojawiła się jakaś przedziwna moc, poczuła ją na plecach.
- Nie mam zamiaru z tobą walczyć - uśmiechnęła się.
Na jej wewnętrznej stronie dłoni był tatuaż nuty, ale Harmonija nawet go nie zauważyła.
- Szczygieł!
Z nicości wyłonił się wysoki potwór. Był raczej chudy, ale nieźle uzbrojony, budzący za to strach i przerażenie, a szczególnie bardzo długimi pazurami u rąk, stąd chyba nawet imię tytana (tak, tytana). Wyglądał zabójczo, jak maszyna do zabijania. Harmonija nabrała ducha walki i wywołała silniejsze zaklęcie od poprzednich. Załatwiła go w mig, pomijając to, że zdążył trzy razy zadrapać ją w ramię. Dusza tytana powróciła do tatuażu, a Harmonija nie mogła pojąć, jak to możliwe, że jej tytan 'mieszka' w tatuażu na jej ciele. Zwłaszcza, że tylko dobre czarodziejki nie potrzebują amuletów do ich wywołania...
Obie popatrzyły na siebie. Trochę się ściemniło za oknem, można było zauważyć również, że przestały jechać. Zrobiło się całkiem ciemno.
Na pomoc przyszła im Ignis - uśpiona? Nie do końca, zaraz wam to wytłumaczy (jeśli w ogóle zrozumiecie, bo ona nie umie tłumaczyć).
- Witam wszystkich. Słyszałam, że coś się zepsuło, więc jestem. Nie, nie śpię i nie spałam. Sara też, podarowałam jej troszkę mojej umiejętności, a ty sobie poradziłaś. Po prostu chciałyśmy was zaskoczyć, ale trochę nie wyszło. Już miałam wchodzić, aż tu nagle wielkie 'bum' i wysunęło mnie na środek tej części. Sara utrzymała się poza nią, ale miała bliskie spotkanie ze ścianą. Jesteś tam?
- Jestem, jestem! Zaraz, chwila, tylko zdążę poprawić sobie szminkę!
- Jejku, Sara, nie pora teraz na takie ceregiele, chodź tu i się nie wygłupiaj - i wzruszyła ramionami Ignisa.
- Dobra... A mogę przypudrować nosek?
Mina Ignis mówiła wszystko, więc jak najszybciej znalazła się obok reszty dziewczyn (i jednej kobiety, Dominique jest 'starsza'). Teraz było trzy na jedną. Te trzy wróżki miały bardzo potężne moce, Sara troszkę mniejszą, ale i tak większą od Dominique.
- I co teraz zrobisz? Dałabym sobie rady bez was, dziewczyny, lubię rzucać sobie wyzwania i je zdawać, ale pozwolę wam popytać tą idiotkę - tłumaczyła Harmonija.
Zasadnicze pytanie oczywiście brzmiało: 'dokąd nas wieziesz (a raczej zawiozłaś, bo wszystko wskazywało na to, iż są już na miejscu)?', bo nadal nie odpowiedziała w tej kwestii.
I nie zdążyła. Całkowicie ściemniło się, cała trójka straciła mimo wszystko przytomność i to tak na poważnie. Poczuły przed tym ostry skurcz żołądka, a potem już nic, bo zwyczajnie urwał im się film. Dominique znikła w cieniu z przestraszoną miną.
Z tego samego cienia wyłonił się złowieszczy uśmiech. To była Emit.
sobota, 24 października 2015
piątek, 28 sierpnia 2015
Rozdział I - Zagadka
To był upalny, słoneczny dzień, chociaż nie zanosiło się na burzę. Promienie słońca stykały się z każdą wodą, którą wystawiło się na zewnątrz, natychmiast powstawała tęcza. Ludzie poczuli magię. Niejedni myśleli, że legendarne wróżki powróciły na Ziemię, jednak to nie było to. Raz na tysiąc lat jest taki dzień, w którym wybiera się księżniczkę uniwersu. Wybór jest, jak to ktoś tysiąc lat temu określił - nieprzewidywalny. A rozwiązanie może okazać się tak blisko...
Siedziała w parku na ławce i przyglądała się wiewiórkom, które gromadziły zapasy na chłodniejsze dni. Jej malinowe, długie i lśniące włosy powiewały spokojnie na wietrze. Na sobie miała asymetryczną, niebieską bluzkę, potargane, krótkie dżinsy przewiązane paskiem i szpilki, które idealnie komponowały się z czarnymi rajstopami. Przyjemnie było jej siedzieć, oglądając przeróżne zwierzęta, rośliny. Raz na jakiś czas wstawała z ławeczki, żeby pochodzić sobie po parku, który był naprawdę ogromny. Musiała kochać zwierzęta. Niejednokrotnie przysiadywała przy drugiej ławie nieopodal fontanny, żeby poobserwować, jak woda strumieniami płynie w dół. Zawsze ciekawiło ją, jak to jest, że woda jest taka przejrzysta i daje uczucie lekkości. Niedawno skoszona trawa miała silny aromat, unoszący się w powietrzu. Chciałoby się tam siedzieć cały dzień. Przyjemna atmosfera, brak wszelakich znaków życia ze strony innych ludzi.
A była pół dnia w tym odludnym parku, to i jakieś dwie matki z dziećmi się natrafiły, bo w końcu żyła w wielkim mieście, więc chociaż niewiele osób wiedziało o istnieniu tego tajemniczego miejsca, niektóre persony były częstymi gośćmi tutaj.
W pewnym momencie poczuła się nieswojo. Miała takie uczucie, jakby ktoś ją obserwował. W jednej chwili została oślepiona dziwnym blaskiem. Zrobiła kilka, niewielkich kroków, a nagle w jej dłoniach pojawiła się jeszcze dziwniejsza księga, której okładka ozdobiona różnymi rodzaju złotymi zawijasami, jednym, fioletowym kryształem centralnie na środku i swoją grubością, sprawiała wrażenie, że warto do niej zajrzeć.
Dziewczyna nawet nie pomyślała, że otwarcie tej księgi może nieść za sobą różne konsekwencje, takie jak eksplozja tegoż przedmiotu (kto wie, wszystko się może zdarzyć) albo po prostu jakaś bardzo poważna szkoda. Pomyślała sobie, że nic jej nie zaszkodzi i bez namysłu otworzyła księgę. Sama książka z zewnątrz była piękna, a w środku to kompletne cudo zdobione różnymi starodawnymi wzorami. W oczy rzucał się tekst, którego było na tyle dużo, żeby poświęcić na czytaniu jednej strony jakąś połowę życia przeciętnego człowieka. I to nie przesada - po pierwsze, trzeba by było rozszyfrować czcionkę, napisaną tak drobnym maczkiem, że przez najlepszej jakości szkło powiększające, nie dałoby rozczytać się w zapiskach, ponadto wyglądało to na inny język i inny alfabet. Ilustracji było dużo, tekst ładnie prezentował się przy nich, równo otaczając obrazy z każdej strony. Jedynie nagłówki można było rozczytać - jeden z nich to Królowa Śniegu, drugi zaś to Mityczne Drzewa Linphijskie, a trzeci to Calineczka. Wyglądało na to, że książka ta to niemały zbiór wszystkich baśni, bajek, legend. Niepokoiła jednak ilustracja na stronie pięćdziesiątej czwartej. W oczach dziewczyny uszła za bardzo straszną, szybko jak nigdy dotąd zamknęła księgę i chciała jej już nigdy nie otwierać. Ale pokusa ponownego otwarcia zagadkowego zbioru legend była silniejsza niż sama malinowowłosa. Postanowiła jak najszybciej zadzwonić do jednej ze swoich przyjaciółek. W sumie wiedziała, co to za siła, która oddała mityczną księgę w jej ręce. Zamykając książkę, spojrzała jeszcze raz na okładkę. Tym razem można było dostrzec wielki, zdobiony jak większość rzeczy tutaj napis: "Legendarium". Bez wahania wyjęła swój telefon komórkowy i wybrała kontakt "Sara".
- Hej! Mam dość dziwną sprawę. Mogłabyś to zbadać? - zapytała dziewczyna.
- Cześć, myślę, że tak - odpowiedziała Sara, po czym dodała - A cóż to takiego ważnego, Harmonijo?
- To nie jest rozmowa na telefon, po prostu przyjedź, okej?
- Już przyjeżdżam - i skinęła głową, ale Harmonija zapewne tego nie widziała.
Usiadła ponownie na ławce. Tym razem zwierząt już nie było. Zrobiło się ciemno, pojawiły się silne, czarne i przerażające chmury. Miało nie zanosić się na burzę, ale... Ale ta burza nie była spowodowana zdaniem Matki Natury. To coś silniejszego, jakaś czarna magia. Przytłoczyło ją. Do tego źle umiejscowiła nogę i złamała szpilkę.
- Cholera! - krzyknęła.
Pomyślała, że to jeszcze nic straconego. Teraz zmieniła się w zwykłą, miejską dziewczynę. Miała kolorowe legginsy, bluzka została ta sama, były też trampki, a jej włosy trochę się skróciły.
- Tak lepiej! - zauważyła Harmonija.
Chwilę potem można było dostrzec Sarę, która mimo, że była daleko, biegła dość szybko i zaraz była już na miejscu. Blondynka była ubrana w szkolny mundurek: białe rajstopy, niskie szpilki, czarną spódniczkę i niebieską bluzeczkę w kratkę. Głowę zdobiła jej różowa opaska.
Zauważyła, że Harmonija się przebrała i nie zdziwiło jej to. Od zawsze wiedziała, że Harmi (bo tak ją zwała) woli wygodniejsze ciuchy. Wyglądało na to, że mają jakąś nową misję, tak więc Sara też postanowiła się "przebrać" w podobne ciuchy do tych Harmoniji. Ona też wolała swobodę. Ta energia, dzięki której przebrały się, to magia, nic innego jak magia. Kim są? Tajemnica. A jeśli jest owa Tajemnica, to jest też owa osoba, a mianowicie Ignis. Dziwaczna kobita, nikt jej nie kuma i kumać nie będzie, ponieważ ma swój dziwny tok myślenia. Zakapturzona pojawiła się tuż za dziewczynami. Podbiegła do jednej z nich, a następnie zaczepiła ją.
- Siemka! Słyszałam, że jest tutaj jakiś sekrecik, a ja sekreciki uwielbiam. Więc? - zagadała.
- Ale że jak? No, mamy taki dziwny występek, bo... - zająknęła się Harmi.
- Bo?
- No właśnie, bo? Ja w końcu nie wiem, dlaczego się tutaj znalazłam - odpowiedziała Sara.
Harmonija podeszła do ławki, na której była sekretna książka. Kazała się im odwrócić, powiedziała, że to niespodzianka. Ale Ignisa poczuła tą ogromną moc na plecach, a że była uczciwa, postanowiła nie odwracać się, póki Harmonija nie pozwoli.
- Możecie się odwrócić!
Ignis stanęła jak wryta. Legendarium zaginęło dawno temu i jest to książka, której mocy nigdy, ale to nigdy nie zbadano.
- Chwila... - powiedziała Ignis nie dowierzając jeszcze - czy to jest Legendarium?!
- No tak, niedawno ukazał się mi taki napis, więc... A i nie wiem skąd się wzięło, po prostu naraz pojawiło mi się na dłoniach - rzekła Harmonija.
- Hmmm... W sumie - odparła Ignis i nie dokończyła, ponieważ nagle kryształ zaczął jasno świecić. Wszystkie trzy poczuły się w niebezpieczeństwie, i to była prawda, bo naprawdę się w nim znalazły. A jak Ignisa czuje się w niebezpieczeństwie, odruchowo się przemienia - i tak też uczyniła. Jednym ruchem ręki zrzuciła z siebie kaptur. Wszystkich oślepił niesamowicie jasny blask, ale tylko przez chwilę. Oto i potężny Enchantix - jej transformacja akurat składała się z żółtej wstążki, oplatającej błękitną, falbaniastą, czterowarstwową (warstwa błękitna, seledynowa, o kolorze jednym z ciemniejszych odcieni zielonego, zielona) sukienkę pod biustem, wstążek na nogach i dwóch tiar: jedna bardziej królewska, druga spinająca włosy w kok, z którego wychodził przepiękny kłos. Wyrosły jej skrzydła; z kolorami niebieskimi, zielonymi i żółtymi.
Przetarła pot z czoła i powiedziała:
- Sorki! Zawsze tak mam, ale na wszelki wypadek lepiej się przemieniać...
- Jak tam sobie chcesz - odparła Sara, po czym dodała - ja wolę zachować siły.
- No coś Ty! Wow, zawsze chciałam tak wyglądać! Rozumiem, że jesteś czarodziejką - nagabnęła Harmonija.
- A jestem, ale pogadamy sobie kiedy indziej. Nie bez powodu się przemieniłam, prawdopodobnie coś nam zagraża - wyjaśniła Ignisa.
- Bo wiesz, my też mamy moc. Nie jesteśmy gorsze, ale nie posiadłyśmy jeszcze ostatecznego stopnia... Aktualnie nasz poziom to Charmix, dążymy do Enchantixu - objaśniła Sara.
Po tej rozmowie znowu się ściemniło. Ostatecznie zrobiło się tak ciemno, że nikt nie potrafił dostrzec czubka własnego nosa. Jedynym źródłem światła była Ignis.
- Rany, ale się ściemniło - powiedziała Ignisa.
- Zauważyłam! Faktycznie coś nam grozi, tutaj, na Ziemi rzadko zdarza się coś takiego - kontynuowała Harmonija.
Nastąpiła cisza. Było tak zimno, że można by nagrzać całą planetę do stu stopni Celsjusza, a i tak byłoby z minus trzydzieści, oczywiście - tak wyolbrzymiała Harmonija.
- Nikt nas nie atakuje, a rzekomo nie jesteśmy bezpieczne... - zauważyła Sara.
- ...Bo nie jesteście.
Wszystkie trzy zlękły się. Każdej do głowy przychodziła myśl: "kto... kto to powiedział?!".
Po kilku sekundach zza krzaków wyłoniła się dziwaczna postać. Cała na czarno, ubrana w czarne legginsy, płachty i bluzę z kapturem, i to taką, jakby na wiedźmę przystało. I to faktycznie była wiedźma. Agahah, postrach wszystkich mieszkańców dawnej Caleanii. Wiedźma z mocą nietypową - "aha". I tu chodzi o takie obojętne "aha". Zgadłeś - posiada obojętność absolutną i nie obchodzi ją zupełnie nic. Nic, a nic. W takim razie, dlaczego atakuje dziewczyny? A no dlatego, że... Wróć. Nie, to zostanie zagadką, o.
W tym momencie dziwna postać bardziej dziewczyny rozśmieszyła niż przestraszyła.
- No nie - rzekła - czemu mocne wejście nigdy mi nie wychodzi?! - po czym dodała - w każdym razie, jestem tutaj po to, żeby odebrać pewną książkę dla mej Pani. A wy dokładnie wiecie, która to, co nie?
- Tak, wiemy, ale skoro tak o nią zabiegasz, to nie licz na to, że ci ją oddamy - odparła z charakterystycznym kamiennym wzrokiem, Ignis.
- W takim razie poznajcie gniew Driady Aha! - a w tym momencie zrobiło się już strasznie.
Harmoniji i Sarze zaczęły stukać zęby z przerażenia. Na szczęście w porę wypowiedziały słowa "Charmix" i szybko przemieniły się w czarodziejki. Harmonija ubrana w zgrabną, błękitną bluzkę, spódniczkę również błękitną (a pod spodem druga różowa spódniczka), różowe buty z błękitnymi koturnami. Miała niebieską tiarę na głowie, a ciemny pasek idealnie współgrał z jej strojem. Zresztą zawsze idealnie współgra, ona nie nosi strojów, które nie współgrają z paseczkiem. Włosy spięły się w kitkę, a skrzydła przemieniły (a właściwie pojawiły, mniejsza) się w coś w rodzaju trójkąta z powyginanymi bokami. Sarze natomiast przemienienie się w takiej ciemności nie sprzyjało - zaczęła słabnąć i w końcu upadła.
- Aaaa... Sara, nie umieraj! - krzyknęła Harmonija.
- Czemu zasłabła? - zapytała Ignisa.
- Jest czarodziejką aniołów, najwidoczniej coś wchodzi w drogę jej mocy... - odparła różowowłosa.
Agahah tymczasem wyjęła szpony i swoim mocarnym ramieniem (prawie) zraniła Ignis. Bo przecież jej nie można zranić. Ignisie na dłoni pojawiła się magiczna kula, którą ugodziła Agahah w brzuch. Odepchnęło wiedźmę.
- Ha, szach-mat! - krzyknęła Ignis.
- Ej, uważaj! - i Harmonija stratowała nadchodzącą drugą wiedźmę, która zbliżała się w kierunku Ignis.
- Uff, dzięki!
Cały ten harmider był nie do zniesienia. Sara "umierała", a Ignis i Harmonija walczyły z coraz to nowszymi wiedźmami.
- Podajmy sobie ręce! - zawołała Harmonija.
Jak poprosiła, tak i uczyniły. Wzięły też Sarę - wreszcie przezwyciężyła mrok i przemieniła się.
Ogromna, ognista kula wyłoniła się z trójkąta, który utworzyły czarodziejki. I ta olbrzymia kula uderzyła w całą zgraję niewdzięcznych istot. Wygrały? Pomyłka.
Agahah zaśmiała się, nietknięta ani w centymetrze, po czym dodała: "tylko na tyle was stać?" i szyderczo uśmiechnęła się. Nagle zza fontanny można było dostrzec bardzo jasny blask. Znowu nastąpiło oślepienie. Po otworzeniu oczu wróżek, wiedźmy już nie było.
W pewnym momencie wyszła stamtąd jakaś jasna postać, ale dziewczyny nie zdążyły się jej przyglądnąć.
Zasnęły.
Siedziała w parku na ławce i przyglądała się wiewiórkom, które gromadziły zapasy na chłodniejsze dni. Jej malinowe, długie i lśniące włosy powiewały spokojnie na wietrze. Na sobie miała asymetryczną, niebieską bluzkę, potargane, krótkie dżinsy przewiązane paskiem i szpilki, które idealnie komponowały się z czarnymi rajstopami. Przyjemnie było jej siedzieć, oglądając przeróżne zwierzęta, rośliny. Raz na jakiś czas wstawała z ławeczki, żeby pochodzić sobie po parku, który był naprawdę ogromny. Musiała kochać zwierzęta. Niejednokrotnie przysiadywała przy drugiej ławie nieopodal fontanny, żeby poobserwować, jak woda strumieniami płynie w dół. Zawsze ciekawiło ją, jak to jest, że woda jest taka przejrzysta i daje uczucie lekkości. Niedawno skoszona trawa miała silny aromat, unoszący się w powietrzu. Chciałoby się tam siedzieć cały dzień. Przyjemna atmosfera, brak wszelakich znaków życia ze strony innych ludzi.
A była pół dnia w tym odludnym parku, to i jakieś dwie matki z dziećmi się natrafiły, bo w końcu żyła w wielkim mieście, więc chociaż niewiele osób wiedziało o istnieniu tego tajemniczego miejsca, niektóre persony były częstymi gośćmi tutaj.
W pewnym momencie poczuła się nieswojo. Miała takie uczucie, jakby ktoś ją obserwował. W jednej chwili została oślepiona dziwnym blaskiem. Zrobiła kilka, niewielkich kroków, a nagle w jej dłoniach pojawiła się jeszcze dziwniejsza księga, której okładka ozdobiona różnymi rodzaju złotymi zawijasami, jednym, fioletowym kryształem centralnie na środku i swoją grubością, sprawiała wrażenie, że warto do niej zajrzeć.
Dziewczyna nawet nie pomyślała, że otwarcie tej księgi może nieść za sobą różne konsekwencje, takie jak eksplozja tegoż przedmiotu (kto wie, wszystko się może zdarzyć) albo po prostu jakaś bardzo poważna szkoda. Pomyślała sobie, że nic jej nie zaszkodzi i bez namysłu otworzyła księgę. Sama książka z zewnątrz była piękna, a w środku to kompletne cudo zdobione różnymi starodawnymi wzorami. W oczy rzucał się tekst, którego było na tyle dużo, żeby poświęcić na czytaniu jednej strony jakąś połowę życia przeciętnego człowieka. I to nie przesada - po pierwsze, trzeba by było rozszyfrować czcionkę, napisaną tak drobnym maczkiem, że przez najlepszej jakości szkło powiększające, nie dałoby rozczytać się w zapiskach, ponadto wyglądało to na inny język i inny alfabet. Ilustracji było dużo, tekst ładnie prezentował się przy nich, równo otaczając obrazy z każdej strony. Jedynie nagłówki można było rozczytać - jeden z nich to Królowa Śniegu, drugi zaś to Mityczne Drzewa Linphijskie, a trzeci to Calineczka. Wyglądało na to, że książka ta to niemały zbiór wszystkich baśni, bajek, legend. Niepokoiła jednak ilustracja na stronie pięćdziesiątej czwartej. W oczach dziewczyny uszła za bardzo straszną, szybko jak nigdy dotąd zamknęła księgę i chciała jej już nigdy nie otwierać. Ale pokusa ponownego otwarcia zagadkowego zbioru legend była silniejsza niż sama malinowowłosa. Postanowiła jak najszybciej zadzwonić do jednej ze swoich przyjaciółek. W sumie wiedziała, co to za siła, która oddała mityczną księgę w jej ręce. Zamykając książkę, spojrzała jeszcze raz na okładkę. Tym razem można było dostrzec wielki, zdobiony jak większość rzeczy tutaj napis: "Legendarium". Bez wahania wyjęła swój telefon komórkowy i wybrała kontakt "Sara".
- Hej! Mam dość dziwną sprawę. Mogłabyś to zbadać? - zapytała dziewczyna.
- Cześć, myślę, że tak - odpowiedziała Sara, po czym dodała - A cóż to takiego ważnego, Harmonijo?
- To nie jest rozmowa na telefon, po prostu przyjedź, okej?
- Już przyjeżdżam - i skinęła głową, ale Harmonija zapewne tego nie widziała.
Usiadła ponownie na ławce. Tym razem zwierząt już nie było. Zrobiło się ciemno, pojawiły się silne, czarne i przerażające chmury. Miało nie zanosić się na burzę, ale... Ale ta burza nie była spowodowana zdaniem Matki Natury. To coś silniejszego, jakaś czarna magia. Przytłoczyło ją. Do tego źle umiejscowiła nogę i złamała szpilkę.
- Cholera! - krzyknęła.
Pomyślała, że to jeszcze nic straconego. Teraz zmieniła się w zwykłą, miejską dziewczynę. Miała kolorowe legginsy, bluzka została ta sama, były też trampki, a jej włosy trochę się skróciły.
- Tak lepiej! - zauważyła Harmonija.
Chwilę potem można było dostrzec Sarę, która mimo, że była daleko, biegła dość szybko i zaraz była już na miejscu. Blondynka była ubrana w szkolny mundurek: białe rajstopy, niskie szpilki, czarną spódniczkę i niebieską bluzeczkę w kratkę. Głowę zdobiła jej różowa opaska.
Zauważyła, że Harmonija się przebrała i nie zdziwiło jej to. Od zawsze wiedziała, że Harmi (bo tak ją zwała) woli wygodniejsze ciuchy. Wyglądało na to, że mają jakąś nową misję, tak więc Sara też postanowiła się "przebrać" w podobne ciuchy do tych Harmoniji. Ona też wolała swobodę. Ta energia, dzięki której przebrały się, to magia, nic innego jak magia. Kim są? Tajemnica. A jeśli jest owa Tajemnica, to jest też owa osoba, a mianowicie Ignis. Dziwaczna kobita, nikt jej nie kuma i kumać nie będzie, ponieważ ma swój dziwny tok myślenia. Zakapturzona pojawiła się tuż za dziewczynami. Podbiegła do jednej z nich, a następnie zaczepiła ją.
- Siemka! Słyszałam, że jest tutaj jakiś sekrecik, a ja sekreciki uwielbiam. Więc? - zagadała.
- Ale że jak? No, mamy taki dziwny występek, bo... - zająknęła się Harmi.
- Bo?
- No właśnie, bo? Ja w końcu nie wiem, dlaczego się tutaj znalazłam - odpowiedziała Sara.
Harmonija podeszła do ławki, na której była sekretna książka. Kazała się im odwrócić, powiedziała, że to niespodzianka. Ale Ignisa poczuła tą ogromną moc na plecach, a że była uczciwa, postanowiła nie odwracać się, póki Harmonija nie pozwoli.
- Możecie się odwrócić!
Ignis stanęła jak wryta. Legendarium zaginęło dawno temu i jest to książka, której mocy nigdy, ale to nigdy nie zbadano.
- Chwila... - powiedziała Ignis nie dowierzając jeszcze - czy to jest Legendarium?!
- No tak, niedawno ukazał się mi taki napis, więc... A i nie wiem skąd się wzięło, po prostu naraz pojawiło mi się na dłoniach - rzekła Harmonija.
- Hmmm... W sumie - odparła Ignis i nie dokończyła, ponieważ nagle kryształ zaczął jasno świecić. Wszystkie trzy poczuły się w niebezpieczeństwie, i to była prawda, bo naprawdę się w nim znalazły. A jak Ignisa czuje się w niebezpieczeństwie, odruchowo się przemienia - i tak też uczyniła. Jednym ruchem ręki zrzuciła z siebie kaptur. Wszystkich oślepił niesamowicie jasny blask, ale tylko przez chwilę. Oto i potężny Enchantix - jej transformacja akurat składała się z żółtej wstążki, oplatającej błękitną, falbaniastą, czterowarstwową (warstwa błękitna, seledynowa, o kolorze jednym z ciemniejszych odcieni zielonego, zielona) sukienkę pod biustem, wstążek na nogach i dwóch tiar: jedna bardziej królewska, druga spinająca włosy w kok, z którego wychodził przepiękny kłos. Wyrosły jej skrzydła; z kolorami niebieskimi, zielonymi i żółtymi.
Przetarła pot z czoła i powiedziała:
- Sorki! Zawsze tak mam, ale na wszelki wypadek lepiej się przemieniać...
- Jak tam sobie chcesz - odparła Sara, po czym dodała - ja wolę zachować siły.
- No coś Ty! Wow, zawsze chciałam tak wyglądać! Rozumiem, że jesteś czarodziejką - nagabnęła Harmonija.
- A jestem, ale pogadamy sobie kiedy indziej. Nie bez powodu się przemieniłam, prawdopodobnie coś nam zagraża - wyjaśniła Ignisa.
- Bo wiesz, my też mamy moc. Nie jesteśmy gorsze, ale nie posiadłyśmy jeszcze ostatecznego stopnia... Aktualnie nasz poziom to Charmix, dążymy do Enchantixu - objaśniła Sara.
Po tej rozmowie znowu się ściemniło. Ostatecznie zrobiło się tak ciemno, że nikt nie potrafił dostrzec czubka własnego nosa. Jedynym źródłem światła była Ignis.
- Rany, ale się ściemniło - powiedziała Ignisa.
- Zauważyłam! Faktycznie coś nam grozi, tutaj, na Ziemi rzadko zdarza się coś takiego - kontynuowała Harmonija.
Nastąpiła cisza. Było tak zimno, że można by nagrzać całą planetę do stu stopni Celsjusza, a i tak byłoby z minus trzydzieści, oczywiście - tak wyolbrzymiała Harmonija.
- Nikt nas nie atakuje, a rzekomo nie jesteśmy bezpieczne... - zauważyła Sara.
- ...Bo nie jesteście.
Wszystkie trzy zlękły się. Każdej do głowy przychodziła myśl: "kto... kto to powiedział?!".
Po kilku sekundach zza krzaków wyłoniła się dziwaczna postać. Cała na czarno, ubrana w czarne legginsy, płachty i bluzę z kapturem, i to taką, jakby na wiedźmę przystało. I to faktycznie była wiedźma. Agahah, postrach wszystkich mieszkańców dawnej Caleanii. Wiedźma z mocą nietypową - "aha". I tu chodzi o takie obojętne "aha". Zgadłeś - posiada obojętność absolutną i nie obchodzi ją zupełnie nic. Nic, a nic. W takim razie, dlaczego atakuje dziewczyny? A no dlatego, że... Wróć. Nie, to zostanie zagadką, o.
W tym momencie dziwna postać bardziej dziewczyny rozśmieszyła niż przestraszyła.
- No nie - rzekła - czemu mocne wejście nigdy mi nie wychodzi?! - po czym dodała - w każdym razie, jestem tutaj po to, żeby odebrać pewną książkę dla mej Pani. A wy dokładnie wiecie, która to, co nie?
- Tak, wiemy, ale skoro tak o nią zabiegasz, to nie licz na to, że ci ją oddamy - odparła z charakterystycznym kamiennym wzrokiem, Ignis.
- W takim razie poznajcie gniew Driady Aha! - a w tym momencie zrobiło się już strasznie.
Harmoniji i Sarze zaczęły stukać zęby z przerażenia. Na szczęście w porę wypowiedziały słowa "Charmix" i szybko przemieniły się w czarodziejki. Harmonija ubrana w zgrabną, błękitną bluzkę, spódniczkę również błękitną (a pod spodem druga różowa spódniczka), różowe buty z błękitnymi koturnami. Miała niebieską tiarę na głowie, a ciemny pasek idealnie współgrał z jej strojem. Zresztą zawsze idealnie współgra, ona nie nosi strojów, które nie współgrają z paseczkiem. Włosy spięły się w kitkę, a skrzydła przemieniły (a właściwie pojawiły, mniejsza) się w coś w rodzaju trójkąta z powyginanymi bokami. Sarze natomiast przemienienie się w takiej ciemności nie sprzyjało - zaczęła słabnąć i w końcu upadła.
- Aaaa... Sara, nie umieraj! - krzyknęła Harmonija.
- Czemu zasłabła? - zapytała Ignisa.
- Jest czarodziejką aniołów, najwidoczniej coś wchodzi w drogę jej mocy... - odparła różowowłosa.
Agahah tymczasem wyjęła szpony i swoim mocarnym ramieniem (prawie) zraniła Ignis. Bo przecież jej nie można zranić. Ignisie na dłoni pojawiła się magiczna kula, którą ugodziła Agahah w brzuch. Odepchnęło wiedźmę.
- Ha, szach-mat! - krzyknęła Ignis.
- Ej, uważaj! - i Harmonija stratowała nadchodzącą drugą wiedźmę, która zbliżała się w kierunku Ignis.
- Uff, dzięki!
Cały ten harmider był nie do zniesienia. Sara "umierała", a Ignis i Harmonija walczyły z coraz to nowszymi wiedźmami.
- Podajmy sobie ręce! - zawołała Harmonija.
Jak poprosiła, tak i uczyniły. Wzięły też Sarę - wreszcie przezwyciężyła mrok i przemieniła się.
Ogromna, ognista kula wyłoniła się z trójkąta, który utworzyły czarodziejki. I ta olbrzymia kula uderzyła w całą zgraję niewdzięcznych istot. Wygrały? Pomyłka.
Agahah zaśmiała się, nietknięta ani w centymetrze, po czym dodała: "tylko na tyle was stać?" i szyderczo uśmiechnęła się. Nagle zza fontanny można było dostrzec bardzo jasny blask. Znowu nastąpiło oślepienie. Po otworzeniu oczu wróżek, wiedźmy już nie było.
W pewnym momencie wyszła stamtąd jakaś jasna postać, ale dziewczyny nie zdążyły się jej przyglądnąć.
Zasnęły.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Prolog - start sezonu pierwszego - "Harmonia w twoim sercu"
Prolog
Wszystko zaczęło się od paktu z innym królestwem. Przez krótki okres, sprawy były w normie. Ale do czasu. Potem coś się zepsuło między królami. To drugie próbowało władać pierwszym, a pierwsze drugim. I tak wybuchła wojna o to, kto będzie tutaj rządzić.
Rycerze z królestwa, które nazywało się Realenija podeszli pod bramę królestwa Calleanii. Była to złota, jasna brama z brązową obramówką. Wygrawerowano tam mnóstwo ozdób, takich jak zawijasy. Całe królestwo to jeden wielki pałac, który składał się z siedmiu wież i stu różnych baszt - ogółem mówiąc, było one ogromne.
Wracając do akcji, nikt się ich tutaj nie spodziewał. Jedna z wojowniczek - Easa, otworzyła drzwi zaklęciem, dzięki któremu nikogo z drugiego królestwa nie było widać. W tym samym czasie, żołnierze podzielili się na dwie grupy: jedna, słabsza, miała wykraść wszystkie kosztowności króla Amanda i porwać księżniczkę Dominique, a druga wyruszyła zniewolić pewne bardzo dobrze znanych wam sześć czarodziejek. Grupa, która została odprawiona wyszukać Winx i je uwięzić (ta silniejsza). Poszli na północ, do jednego miejsca, gdzie można zupełnie bezpiecznie teleportować się do każdego miejsca, do którego się chce. Wystarczy jakieś źródło mocy. Żołnierze nie byli głupi, wiedzieli, że trzeba mieć coś takiego, tak więc po drodze zabrali jedną z czarodziejek elektryczności - Alinę. Byli oni również uzbrojeni w bardzo silne, legendarne tytany, które podarował im chaos. Tak więc, można powiedzieć, że Realinija to złe królestwo, a Calleania dobre. Do pomocy wezwali takie tytany jak Szczygieł, Amit Pożeracz, Derwisz i jednego z najsilniejszych - Królową Lilith. Przywódca tej grupy ukradł wcześniej uwięzionych Shaunie i Windowi Szakrita - tytana, który jest nadzwyczajnie silny. Gdy już dotarli, jak to mają źli w zwyczaju, “poprosili” czarodziejkę elektryczności pomoc - oczywiście zagrozili, że zabiją jej córkę, a jej słabiutka moc przy takich tytanach mało by wniosła, po prostu wykonywała rozkazy, a wszystko to dlatego, że bała się o swoje dziecko.
Uaktywniła więc pieczęć, a żołnierze zostali natychmiastowo przeteleportowani do Magixa.
- Co się tutaj dzieje? - zaaregowała Bloom, która była z resztą Winx na zakupach.
Czas zamarł. Zrobiło się jakoś ponuro. Czarodziejki nie wiedziały, o co chodzi.
- Halo... Jest tam kto? - zawołała przerażona blondynka.
- Coś się dzieje... czuję, że ktoś jest za nami. - oznajmiła Musa. Po chwili namysłu, dziewczyny postanowiły się obronić.
- Nie damy się tak łatwo! Magia Winx - Believix!
Potężna moc uniosła dziewczyny do góry. Żółnierzów oślepił blask przemiany. Dziewczynom w parę sekund zmieniły się ubrania, fryzury. Wyrosły im skrzydła. Każda miała inne.
- Halo... jest tutaj ktoś? - powtórzyła Stella.
Ni stąd, ni zowąd, ktoś... albo coś... złapało ją za biodra i wyssało całą magiczną energię. Stella przemieniła się spowrotem do normalnej dziewczyny. Bezsilna padła na ziemię, jak długa.
- Co się stało?! - krzyknęła przerażona Flora.
Moment potem, wszystkie Winx leżały już na ziemi odużone. Z ciemnego zakątka sklepu, wyszedł przywódca armii, podał im leki nasenne i spakował do wozu. Za pomocą siły czarodziejki elektryczności, teleportowali się do miejsca, gdzie był Spiralny Znak, a na tronie Obłudnik.
Pierwszej grupie zaś nie poszło tak łatwo. Czarodziejka rzuciła złe zaklęcie, uciekła, powiadomiła pomoc i raz-dwa rozprawiono się z całą armią. Gdy wszyscy zaczęli już paradować ze szczęścia, stało się to. Ktoś podłożył bombę. Pół królestwa wyleciało w powietrze, królowie najprawdopodobniej zginęli, a dzieci uciekły. Harmonija została wysłana na ziemię, dzięki nowej mocy Dominique, również nadała nowym rodzicom tak zwane “wybiórcze wspomnienia”. Reszta natomiast schowała się w jakiejś kanciapie, która okazała się morzem. Dzieci zaczęły się unosić, a ich nogi zmieniły się w ogony. Była tam też Laura - kuzynka dziewczynek. Na jej planecie również panowała wojna, gdzie Azura szalała ze swoimi zastępami, a rodzice w obawie, że zginie, wysłali ją do wujka Amanda i cioci Armonii. Myśleli, że będzie tutaj bezpiecznie, niestety grubo się pomylili.
Wkrótce pożar przeniósł się na całą planetę, królestwo Releanija zmyło się z powierzchni planety, razem z uśpionymi Winx, które potem zostały przemienione w złe istoty, miały dzieci z bogami chaosu (oczywiście zostały do tego przymuszone) i są odpowiedzialne za każdy niesprawiedliwy czyn losu. Z całej kuli ziemi zostały same zgliszcza i tajemnicza chatka.
Wszystko zaczęło się od paktu z innym królestwem. Przez krótki okres, sprawy były w normie. Ale do czasu. Potem coś się zepsuło między królami. To drugie próbowało władać pierwszym, a pierwsze drugim. I tak wybuchła wojna o to, kto będzie tutaj rządzić.
Rycerze z królestwa, które nazywało się Realenija podeszli pod bramę królestwa Calleanii. Była to złota, jasna brama z brązową obramówką. Wygrawerowano tam mnóstwo ozdób, takich jak zawijasy. Całe królestwo to jeden wielki pałac, który składał się z siedmiu wież i stu różnych baszt - ogółem mówiąc, było one ogromne.
Wracając do akcji, nikt się ich tutaj nie spodziewał. Jedna z wojowniczek - Easa, otworzyła drzwi zaklęciem, dzięki któremu nikogo z drugiego królestwa nie było widać. W tym samym czasie, żołnierze podzielili się na dwie grupy: jedna, słabsza, miała wykraść wszystkie kosztowności króla Amanda i porwać księżniczkę Dominique, a druga wyruszyła zniewolić pewne bardzo dobrze znanych wam sześć czarodziejek. Grupa, która została odprawiona wyszukać Winx i je uwięzić (ta silniejsza). Poszli na północ, do jednego miejsca, gdzie można zupełnie bezpiecznie teleportować się do każdego miejsca, do którego się chce. Wystarczy jakieś źródło mocy. Żołnierze nie byli głupi, wiedzieli, że trzeba mieć coś takiego, tak więc po drodze zabrali jedną z czarodziejek elektryczności - Alinę. Byli oni również uzbrojeni w bardzo silne, legendarne tytany, które podarował im chaos. Tak więc, można powiedzieć, że Realinija to złe królestwo, a Calleania dobre. Do pomocy wezwali takie tytany jak Szczygieł, Amit Pożeracz, Derwisz i jednego z najsilniejszych - Królową Lilith. Przywódca tej grupy ukradł wcześniej uwięzionych Shaunie i Windowi Szakrita - tytana, który jest nadzwyczajnie silny. Gdy już dotarli, jak to mają źli w zwyczaju, “poprosili” czarodziejkę elektryczności pomoc - oczywiście zagrozili, że zabiją jej córkę, a jej słabiutka moc przy takich tytanach mało by wniosła, po prostu wykonywała rozkazy, a wszystko to dlatego, że bała się o swoje dziecko.
Uaktywniła więc pieczęć, a żołnierze zostali natychmiastowo przeteleportowani do Magixa.
- Co się tutaj dzieje? - zaaregowała Bloom, która była z resztą Winx na zakupach.
Czas zamarł. Zrobiło się jakoś ponuro. Czarodziejki nie wiedziały, o co chodzi.
- Halo... Jest tam kto? - zawołała przerażona blondynka.
- Coś się dzieje... czuję, że ktoś jest za nami. - oznajmiła Musa. Po chwili namysłu, dziewczyny postanowiły się obronić.
- Nie damy się tak łatwo! Magia Winx - Believix!
Potężna moc uniosła dziewczyny do góry. Żółnierzów oślepił blask przemiany. Dziewczynom w parę sekund zmieniły się ubrania, fryzury. Wyrosły im skrzydła. Każda miała inne.
- Halo... jest tutaj ktoś? - powtórzyła Stella.
Ni stąd, ni zowąd, ktoś... albo coś... złapało ją za biodra i wyssało całą magiczną energię. Stella przemieniła się spowrotem do normalnej dziewczyny. Bezsilna padła na ziemię, jak długa.
- Co się stało?! - krzyknęła przerażona Flora.
Moment potem, wszystkie Winx leżały już na ziemi odużone. Z ciemnego zakątka sklepu, wyszedł przywódca armii, podał im leki nasenne i spakował do wozu. Za pomocą siły czarodziejki elektryczności, teleportowali się do miejsca, gdzie był Spiralny Znak, a na tronie Obłudnik.
Pierwszej grupie zaś nie poszło tak łatwo. Czarodziejka rzuciła złe zaklęcie, uciekła, powiadomiła pomoc i raz-dwa rozprawiono się z całą armią. Gdy wszyscy zaczęli już paradować ze szczęścia, stało się to. Ktoś podłożył bombę. Pół królestwa wyleciało w powietrze, królowie najprawdopodobniej zginęli, a dzieci uciekły. Harmonija została wysłana na ziemię, dzięki nowej mocy Dominique, również nadała nowym rodzicom tak zwane “wybiórcze wspomnienia”. Reszta natomiast schowała się w jakiejś kanciapie, która okazała się morzem. Dzieci zaczęły się unosić, a ich nogi zmieniły się w ogony. Była tam też Laura - kuzynka dziewczynek. Na jej planecie również panowała wojna, gdzie Azura szalała ze swoimi zastępami, a rodzice w obawie, że zginie, wysłali ją do wujka Amanda i cioci Armonii. Myśleli, że będzie tutaj bezpiecznie, niestety grubo się pomylili.
Wkrótce pożar przeniósł się na całą planetę, królestwo Releanija zmyło się z powierzchni planety, razem z uśpionymi Winx, które potem zostały przemienione w złe istoty, miały dzieci z bogami chaosu (oczywiście zostały do tego przymuszone) i są odpowiedzialne za każdy niesprawiedliwy czyn losu. Z całej kuli ziemi zostały same zgliszcza i tajemnicza chatka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)